- Szczegóły
- Opublikowano: 02 czerwiec 2013 02 czerwiec 2013
AP: Przebywałeś w Centrum Zdrowia Gersona na Węgrzech. Kto może ubiegać się o miejsce w tej klinice? Jak tam jest?
Grzegorz Pawlak: O przyjęcie do Centrum może ubiegać się tak naprawdę każdy, kogo na to stać oraz stan zdrowia pozwala mu na przybycie i kontynuowanie terapii. Jedynie niektóre przypadki chorób onkologicznych są wyłączone, ale przyjeżdżają tam ludzie również z tzw. chorobami wieku podeszłego, jak miażdżyca, nadciśnienie czy po prostu otyłość i „trzaski w kolanach”, choć częściej powinno się mówić o chorobach z zaniedbania. Jednak ze względu na koszty pobytu (6300 Euro / 2 tyg. – dane z marca 2013)…
AP: Ojej! Kwota jest zawrotna!
Grzegorz Pawlak: No właśnie… przyjazd jest możliwy dla nielicznych. Poleciłbym poczytać o tzw. diecie owocowo-warzywnej dr Ewy Dąbrowskiej, która w tej dziedzinie jest naszym „polskim Gersonem”, a kurację może przeprowadzić każdy w domu i nie ma tylu obostrzeń. W naszym kraju jest kilkanaście ośrodków realizujących jej program. Stosowanie go w fazie aktywnej choroby nowotworowej jest zakazane, ale w przypadku innych schorzeń można powiedzieć, że lekarze nie wierzą, iż to możliwe.
Sam budynek Centrum Zdrowia Gersona jest niepozorny, zaadaptowany z małego górskiego hoteliku, gdyż klinika położona jest na szczycie wzniesienia, gdzie panuje zgoła inny klimat niż 20 min jazdy samochodem w dół. Tamtejszym „sekretem” jest kuchnia, bo terapia Gersona jest to metoda bazująca głównie na żywieniu. W naszym kraju prof. Szczylik (o ile dobrze zapamiętałem nazwisko) z Polikliniki Śląskiej jest orędownikiem takiej metody leczenia. Poza tym jest oczywiście stołówka, pokój badań i mała salka, gdzie odbywają się zajęcia dodatkowe. No i oczywiście pokoje gościnne dla kuracjuszy. Całość to mały, ale przytulny kompleks, gdzie czas mija bardzo szybko. Moim marzeniem jest, aby taki ośrodek powstał w Polsce i można by spędzić w nim cały rok lub przyjeżdżać na krótkie seanse stosując tylko tę kurację, bo niestety smutna prawda jest taka, że w momencie, gdy ktoś zabiera się za kurację metodami niekonwencjonalnymi (nie mówiąc koniecznie o raku) często nagle okazuje się, że na polu bitwy zostaje sam, bo rodzina odwraca się, a sama nie ma pomysłu na nic lepszego. Wtedy trudno wytrwać w jakiejkolwiek kuracji.
AP: Jakie są efekty kuracji?
Grzegorz Pawlak: O efektach trudno mówić. W moim przypadku rezultaty były piorunujące i było to widoczne już w następnym badaniu krwi, czyli po tygodniu. Po prostu rzuciłem się na świeże soki, surówki i całą ich kuchnię. Ale ponieważ każdy z nas jest inny o czym wciąż zapominamy, na każdego kuracja działa inaczej i w innym przedziale czasu.
fot. Grzegorz Pawlak w Centrum Zdrowia Gersona
Poza tym przypomnę, że przyjeżdżają tam często pacjenci traktujący tę metodę jako ostatnią deskę ratunku, często po kilkunastu chemiach, pocięci i po naświetlaniach, gdy lekarze do tej pory broniący oręża medycyny bezradnie rozkładają ręce wskazując mu kierunek – hospicjum. W takim przypadku czasami i Gerson nie może zbyt wiele zaproponować, gdyż nasze ciało ma ograniczone moce przerobowe, a kuracja ta nie jest niedzielnym spacerem, bo jeśli uświadomimy sobie fakt, że jej zadaniem jest przywrócenie komórce jej pierwotnego stanu, po latach zaniedbywania m.in. śmieciowym jedzeniem, to sprawa wygląda już trochę inaczej. I nikt nie ukrywa, że Gerson nie jest magiczną różdżką. Wymaga odporności psychicznej pacjenta, aby stosować rutynowo metodę i wymaga przede wszystkim znacznych nakładów finansowych oraz wsparcia bliskich przez cały okres trwania kuracji, a o to czasami trudno.
Jednakże czy poleciłbym ją każdemu chętnemu? Tak, oczywiście. Jeśli tylko ma czas, siły, wsparcie i pieniądze. I oczywiście występuje też tutaj element (nazywam go) „wiaro-podobny”, bo nie o samą wiarę w metodę chodzi. Mianowicie bardzo często jest tak, że sam pacjent nie jest ani chętny ani przekonany do innych metod, poza klinicznymi, a bardzo chce tego rodzina. Jeśli w takim przypadku zaciągniemy owego biednego pacjenta i każemy mu pić soki, robić lewatywy i nie jeść czegoś co jadł przez X lat, a w zasięgu wzroku nie będzie miał białego kitla to w ten sposób wyrządzamy tylko krzywdę. Dlatego sam pacjent MUSI CHCIEĆ ZMIANY i GODZIĆ SIĘ NA PÓJŚCIE TĄ DROGĄ. I oczywiście dla czepialskich: działanie samej metody nie podlega oczywiście żadnej wierze, to czysta biologia.
AP: Do dziś rozmawiałam już z kilkoma osobami, które pokonały „nieuleczalne” choroby. Każda z tych osób, bez wyjątku, podkreśla zbawienny wpływ stosowania lewatyw na organizm człowieka, również zdrowego. To samo zakłada terapia Gersona. Czy w Twoim przypadku oczyszczanie odegrało równie znaczącą rolę w walce z chłoniakiem?
Grzegorz Pawlak: Problem polegał na tym, że w momencie rozpoczęcia kuracji klinicznej nie wiedziałem o istnieniu terapii Gersona. Brzmi dziwnie, ale tak było. Dowiedziałem się o niej w drugiej połowie. Nawet wtedy, spędzając w szpitalu 3,5 na 4 tygodnie, trudno cokolwiek zorganizować w tej materii, tym bardziej, że w szpitalu nie ma możliwości przygotowania sobie „napoju kawowego” do wlewu, a każda tego typu aktywność byłaby napiętnowana. Natomiast jeśli mowa o samym oczyszczaniu, niekoniecznie w kontekście lewatyw, to oczywiście. Jeśli uświadomimy sobie jaką rolę pełni limfa w organizmie to odtrucie organizmu wydaje się niezbędne. A pamiętać musimy o tym, że oprócz bagażu, z którym przyszliśmy do szpitala, sama kuracja dostarcza naszemu organizmowi nowych wrażeń. Niestety wątrobę i nerki mamy jedne, więc po co jeszcze siebie zatruwać mięsem i cukrem, skoro już nas ładują chemią, która musi zostać przepuszczona przez te same dwa organy i wydalona na zewnątrz?
AP: Nie od dziś wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć…
Grzegorz Pawlak: Oczywiście, że tak, ale każdy musi do tego dojrzeć. Niestety słowo dojrzewanie wiąże się z odpowiedzialnością, w tym przypadku za siebie, a na to nie stać każdego. Wiele osób wybiera słuchanie tzw. autorytetów, które nie zawsze nimi są, niż wyszukanie informacji samodzielnie. A jeśli się przyjrzeć tzw. kolorowym poradnikom to płytkość informacji w nich prezentowanych jest przerażająca.
Tak, wiem, przecież one nie są po to, aby leczyć, tylko z jakiegoś powodu 120,000-150,000 (wg statystyk podawanych w tym roku w ramach Międzynarodowego Dnia Walki z Rakiem) osób usłyszy diagnozę po raz pierwszy. I gdzie się podziewają wtedy wszystkie roześmiane modelki i redaktorki z owych pism, gdy ich czytelniczkom odejmuje się piersi i okalecza bezpowrotnie ich kobiecość?
Bolesna prawda o naszym społeczeństwie jest taka, że na końcu pacjent zostaje sam. Ale to mój osobisty manifest. Napisał również o tym dr Schreiber w „Antyraku” po prostu ze specjalisty wysokiej klasy stając się „statystycznym numerem choroby z którym żaden z dotychczasowych kolegów nie chciał nawet zejść obiadu”. Zresztą wystarczy zapytać każdego, kto przeszedł przez szpitalną machinę o jego wspomnienia.
Niestety, jeśli ktoś pisze o tym, jak to „mięsko jest cacy” to proponuję, aby sam poszedł do rzeźni i przygotował sobie kotleta. Gwarantuje mu, że to będzie jego ostatni mięsny posiłek w życiu. Zatem obrazek wygląda tak, że oddajemy nasze zdrowie i kilka innych spraw z naszego życia w ręce autorytetów, które czasami postępują wbrew temu, co głoszą i sam znam lekarzy, którzy swoim dzieciom nie przepisują antybiotyków, ale robią to pacjentom, bo tak „nakazuje standard”, a później narzekamy „dlaczego jaaaaaa”, gdy lekarz obwieszcza nam smutną wiadomość.
A daj mi choć jeden powód, dla którego nie miałoby to spotkać właśnie Ciebie? Stosowałeś właściwe odżywianie? Nie. Sport? Zero. Detoksy ciała? Zero. Higiena psychiczna? Nie. A zioła kojarzą się z kroplami żołądkowymi. Więc o czym tu mówimy? I dla każdego, kto teraz znajduje w swojej głowie wymówkę „a Jurek tak robi X lat i nic mu nie jest….” przypominam, że nie jesteś ani Jurkiem, ani Kazikiem, ani nawet Twoim ojcem i matką. Jesteś całkowicie odrębnym bytem biologicznym posiadającym całkowicie unikalny zestaw cech, więc to, co dla jednego jest dobre, dla Ciebie może nie być. I im szybciej się przebudzisz z chorego snu, jakim śpi nasze społeczeństwo, tym dla Ciebie lepiej.
[PRZECZYTAJ ARTYKUŁ: Medyczna świadomość ]
AP: Czy powinniśmy jeszcze o czymś powiedzieć?
Grzegorz Pawlak: Tak. Aby każdy z nas miał swój własny rozum i myślał o sobie dbając o siebie. Nie zasłaniając się kolejną porcją wymówek w postaci „braku czasu” albo „rodziny”. Jeśli oni nie chcą, nie zmuszaj. Ale bądź na tyle mądry / mądra, aby mieć odwagę powiedzieć „nie mam na to ochoty”. Niestety tego trzeba się nauczyć. A jeśli nie potrafisz to zastanów się jaką masz z tego korzyść i może warto w końcu nad sobą popracować tak, aby motto wielu Polaków „takie jest życie” nie stało się Twoje, bo chcę Ci przypomnieć, że obecna sytuacja jest wynikiem Twojego wyboru. Mniej lub bardziej uświadomionego, ale jednak wyboru.
AP: Grzegorzu, proszę powiedz na koniec czym dla Ciebie jest wellness.
Grzegorz Pawlak: Może po prostu stan czucia się dobrze samemu ze sobą i w relacji ze światem, gdzie wszystkie elementy naszej istoty jak ciało, umysł i duch, czyli CUDem jesteś, grają tę samą melodię, a my jako dyrygenci tylko czasami podkręcamy tempo, gdy ktoś zgubi nuty i trzeba mu przypomnieć, w którym miejscu utworu jest. Ale to chyba byłoby już szczęście (uśmiech).
AP: Serdecznie dziękuję za tę niezwykłą rozmowę.
Rozmawiała Agnieszka Przetak
- «« poprz.
- nast.